Główna | Historia | Pałac | Kościoły | Linki

Pałac

        Historia pałacu w Łące, w którym dzisiaj mieści się dom pomocy społecznej Caritas, spisana na przełomie XIX i XX w przez ówczesnego proboszcza.

Pałac w Łące       Ma i on swoje dzieje mgłą wiekową pokryte, najstarszy to bowiem dom wioski naszej. Pamięcią swą sięga on jeszcze czasów Stefana Batorego.
      Pierwszą wzmiankę czytamy o nim w metryce zaślubin pod r. 1686, gdzie powiedziano, że w pałacu Józefa księcia Lubomirskiego pobłogosławiono parę nowożeńców: Szymona de Łozino Łozińskiego i Teresy Zmięckiej, córki administratora dóbr łąckich. Była tam więc kaplica domowa. Wtedy już liczył pałac nasz okrągło lat sto, fundował go bowiem Krzysztof de Stangenberg Kostka, który od roku 1582 do 1603 był właścicielem Łąki.
        Prawda, że akta nasze nie przypisują wyraźnie Krzysztofowi Kostce budowy tego pałacu, są jednak silne dowody, że on go fundował.
        I tak, jego akt erekcyjny, trzeci z rzędu, kończy się słowy: Datum in curia villae nostrae Łanka - dan w rezydencyi wsi naszej Łanka. Słowo to curia należy brać w znaczeniu rezydencyi, bo i dziś jeszcze biskupi, kończąc swoje listy pasterskie, piszą: Dan w naszej rezydencyi biskupiej, oznaczając tem słowem miejsce mieszkania swojego.
        Akt ten wystawił Krzysztof Kostka w r. 1587, wtedy więc stał już nasz pałac. Nie mogli go zaś wystawić przed nim ani Rzeszowscy, bo ci przebywali w Rzeszowie, ani Pileccy, bo ichrezydencya była w Wojciechowie, gdzie też Mikołaj Pilecki w r. 1528 swój akt egzekucyjny własnoręcznie podpisał.
        Przy kościółku św. Jadwigi powiedziano już, że w r. 1635 wystawiła go Teofila księżna Ostrogska kaszetelanowa krakowska. Niemało kłopotu sprawiła mi fundatorka tego kościółka, bo trudno mi dociec, z jakiego tytułu ona ten dom Boży funduje. Właścicielami Łąki byli wtedy Kostkowie, im więc przystało jedynie ten kościółek fundować. Niesiecki dopiero rozświecił mi rzecz całą, podając, że taż Teofila w bliskim była powinowactwie z Kostkami.
        Jako wdowa bezdzietna zamieszkała przez dłuższy czas przy Mikołaju Rafale Kostce, rozrywając się w chwilach wolnych dziesięcioletnią córeczką jego Katarzyną Zofią, wtedy też wystawiła kościółek ten dla wygody ubogich szpitalnych. I ten fakt dowodzi także, że Kostkowie mieli w Łące własną rezydencyą.
        Rozglądając się po parku pałacowym, znalazłem tam lipę niezwykłych rozmiarów, której wiek niemało mnie zastanowił. Piorunami poszarpana sterczała już prawie jak szkielet ku niebu, ogołocona nawet z konarów. W roku obecnym powalono ją na ziemię. Podziwiałem ten kolos, kiedym go ujrzał u moich nóg, podziwiałem wiek lipy, bo cała od wierzchołka aż do korzeni prawie wypróchniała, podziwiałem i objętość jej, wynoszącą pięć metrów u dołu. I lipa ta dostarcza mi jeden dowód więcej, że pałac nasz stary już i bardzo stary, że pochodzi zapewne z czasów, kiedy tu pierwszy park założono. Nie pałac ją, ale ona tu nasz pałac zastała, bo i miejsce miała osobne a sobie właściwe, bo i posadzono ją na nasypisku, na jakim cały pałac stoi. Takiemu olbrzymowi liczyć 300 lat, nic przecie nadto.
        Wreszcie i budynek sam, jego starożytna struktura, przemawia za tem, aby mu użyczyć miejsca w dalekiej przeszłości. Ściany jego zewnątrz gładkie zupełnie, bez wszelakich ozdób, w których się praojcowie nasi widać nie kochali, a jeszcze i dwie po bokach umieszczone wieżyce przypominają stary smak budowy.
        Dawniej pałac ten dźwigał dwa piętra na sobie, dziś już tylko jedno. Piętro drugie zrzucono zeń przed 40 laty, było bowiem zbyteczne.
        Długość jego razem z wieżycami wynosi 36,70 metrów, szerokość 16,30. Przez całą długość w parterze ciągnie się wązki korytarz, aż za wązki, bo ledwie dwie osoby obok siebie wygodnie iść mogą. Taki korytarz, ale już szeroki, przecinał cały pałac wszerz, a kończył się halą obszerną, w której dawni magnaci i magnatki dawne wsiadali i wysiadali ze swych sześciokonnych karet. Tu w paterze pomieszczenie było dla kuchni, kucharzów i podręcznej służby.
        Piętro pierwsze, tak jak się dziś przedstawia, przebiega w samym środku krótki korytarz. Po jednej stronie od południa znajdują się cztery obszerne pokoje, w nich widocznie mieszkali Kostkowie; po drugiej od północy ciągną się dwie obok siebie leżące sale przez całą szerokość domu. Tu odbywały się wspaniałe przyjęcia możnych.
        W środku pomiędzy salami a pokojami jest duży pokój od zachodu, dziś o trzech oknach osobnych. Niegdyś wychodziło się stąd na balkon, skąd się cały park prześlicznie przedstawiał.
        Żądający audyencyi z trwogą nieraz wyczekiwali tu, rychło się podwoje przybocznych komnat otworzą.
        Drugie piętro przeznaczone było na pokoje gościnne.
        Domek portyera, stojący dziś jeszcze u wjazdu do parku, przypomina dawne a świetne czasy naszego pałacu.I lwy, dziś bez ogonów, bez nosów, snem wiekowym pod drzewami świerków i osik drzemiące, rzucają myśl przechodnia w tył o całe wieki. Niegdyś było im strzec przemożnych magnatów, dzisiaj tylko drzew! Jeszcze i piwnica w parku umieszczona, spuszczająca się całe piętro w dół, każe się domyślać dawnego naszych dziedziców dostatku. Były tu jeszcze dwa murowane domy oficyn dla frauencymeru, dla koniuszych, masztalerzy i dla sporej zapewne liczby rezydentów.
        Park sam, a raczej resztki tylko jego, otacza pałac dokoła. Wśród lata rozkosznie dziś jeszcze przechadzać się po nim, rozkosznie pośród szumu wiekowych drzew podumać o czasach upłynionych dawno.
        Trzy stawy: jeden przytykający od południa i zachodu do parku, dwa inne dalej od północy i zachodu, nadawały niegdyś tej prawdziwie pańskiej rezydencyi czarodziejskiego uroku. Była to jakoby mała Wenecya.
        Krzysztof i Anna Kostkowie, Łukasz Opaliński, Mikołaj Kostka, Dobiesław Ciehliński, Karol i Aleksander Lubomirscy; dalej Paweł i Barbara Sanguszkowie, Józef Sanguszko, Morscy, Oborska, spędzili w murach tego pałacu sporo swego życia. Ale ostatki jego lat nie licują ze świetną jego przeszłością. Dzień 13 grudnia 1831 r. okrył nawet hańbą mury jego, kiedy Jan Ignacy hr. Czosnowski w północnej wieżycy życie sobie odebrał.
        Później, już za czasów Potockich, obrócono pałac nasz na fabrykę wyrobów sukiennych, ale to trwało nie długo. Gdzie niegdyś poważne nieraz odbywały się nad losami ojczyzny narady, tam wreszcie rozchodził się sztuk narzędzi fabrycznych i gwar czeladzi!

Zakład sierót

        Krzysztof Kostka nie przeczuwał nawet, że kiedyś, z biegiem wieków, pałac jego przekształci się na zakład wychowawczy. Budując go, marzył pewnie o tem, że po jego zejściu zamieszkają tu dzieci jego, których było pięcioro, a po nich jego wnuki, prawnuki i praprawnuki, i tak aż w pokolenie najdalsze. Tymczasem w 40 lat po jego śmierci obejmują pałac ten już Lubomirscy. Po nich kolejno przechodzi on z rąk do rąk, a w r. 1835 staje się Potockich własnością.
        I teraz to pałac ów zmienia się w zakład wychowawczy dla sierót.
        Zofia córka Alfreda hr. Potockiego i Józefy księżnej Czartoryskiej, późniejsza księżna Dietrichstein, oddaje część wiana swojego sto tysięcy złr. mk. na uposażenie zakładu dla sierót dziewcząt, pochodzących z ordynacyi łańcuckiej. Procent od tej sumy miał pokrywać po wieczne czasy potrzebne wydatki.
        Kapitał był gotowy, rozchodziło się jeszcze o miejsce stosowne na zakład podobny. Opusztoszały pałac nasz przedstawiał się wnek jako najodpowiedniejszy na pomieszczenie sierotek, przeznaczono go więc na obecny nasz Zakład, a myśl Fundatorki przeszła już w życie w r. 1854.
        Cel pierwotny, jaki sobie w fundacyi tej założyła Fundatorka przezacna, był ten, ażeby w zakładzie tym wychowywano dziewczęta na dobre gospodynie wiejskie. Wyćwiczone tu we wszystkiem, co się odnosi do gospodarstwa wiejskiego, musiały potem wychodzić zamąż i własnym przykładem uczyć swe sąsiadki, jak porządek utrzymywać w domu, jak się obchodzić z nabiałem, jak ważywo pielęgnować na grzędach, jak dzieci wychowywać. Cel szlachetny, okazujący wiele troskliwości dla ludu, ale niewykonalny, jak się to pokazało później. Z ubogą sierotą bowiem nie ożeni się gospodarz zamożny, a żona chałupnika albo i wyrobnika nie może na drobnem gospodarstwie swojem pokazywać tego, co umie.
        Rychło też upadła myśl pierwotna, która ten zakład stworzyła, a przerzuciła się później na pole wychowania sług dobrych . I tak jest do dzisiaj. Sieroty podrosłe wychodzą stąd wyłącznie na służbę.
        Z początku kierowały tu wychowaniem sierót osoby świeckie, które o wychowaniu właściwem nie miały nawet pojęcia, chromał też zakład wtedy na wszystkie strony. Spostrzegła to wnet Fundatorka troskliwa, spostrzegła, że myśl jej i życzenie skrzywione zupełnie, i oddała całe wychowanie sierót Siostrom Opatrzności ze Lwowa już w 1860 roku. Siostry te aż do chwili obecnej przewodniczą pożytecznie zakładowi naszemu.
        Wskutek tej zamiany pałacu na zakład musiano go po części przekształcić. Z dawnej hali uczyniono więc kaplicę o jednym ołtarzu z obrazem na płótnie malowanym Jezusa ukrzyżowanego. Kuchnię dawną obrócono na mieszkanie dla kapelana, a przedpokój z balkonem na miejsce nauki. Połowa dawnego korytarza, idącego wszerz domu, stanowi obecnie refektarz dla dzieci.
        W pokojach Kostków, Lubomirskich, Sanguszków mieszkają teraz cztery zakonnice, jeno bez dawnego przepychu. Każda z nich ma swój urząd osobny: przełożonej, nauczycielki, kucharki, lekarki, która chorych po wsiach okolicznych objeżdża. Sale dawne służą za sypialnie sierotom.
        Lat 37 istnieje już ten zakład, a kierunek duchowny dzierżyli nad nim w tym czasie kapelani: ks. Mikołaj Spiechalski jezuita od r. 1860 - 1867; ks. Feliks Paszkowski od r. 1867 - 1869; ks. Józej Buczyński od r. 1869 - 1874; ks. Euzebiusz Sraga Bernardyn od r. 1874 - 1876; ks. Władysław Poradzewski, ofiara kulturkampfu w Prusiech od r. 1876 - 1886; ks. Daniel Sulikowski, kanonik honorowy przemyski, szambelan papieski od r. 1886 - 1888 i obecny ks. Wojciech Bielawski.
        Lat 37 istnieje już ten zakład, a ile on otarł już łez, ile sierót od zagłady uchronił, ile ich wychował na sługi poczciwe i pobożne matki, to Bogu samemu wiadome.
        W kaplicy zakładowej zaraz przy drzwiach wisi w ramkach oprawiony ten napis: "Boże wysłuchaj gorące modły nasze za duszę ś.p. Zofii hr. Dietriechstein, dobrodziejki zakładu naszego". Wierzę, że gorące sierówt modlitwy nie jedną łaskę wyprosiły za życia jeszcze wspaniałomyślnej Fundatorce, wierzę, że i po śmierci są jej pomocne.
        Oto sposób, jak używać dostatków swoich, jak najlepiej imię swe uwiecznić.
        Jedyna zakładu naszego dobrodziejka zamknęła na wieki oczy swe w Wiedniu dnia 11 września 1882 r., ale pamięć jej w sercach sierót żyć będzie zawsze przed ołtarzem Boga. Zakład ten to najpiękniejszy u nas pomnik Potockich.

Niechże kto chce mówi, że nasi panowie
Szlachta i magnaci to sami sobkowie,
Że dla Boga, kraju, nic nie uczynili,
Na własną korzyść wszystko obrócili.
A komuż zawdzięczać klasztorów tak wiele?
Komu, że po miastach kościół przy kościele?
Że i po wsiach także mnożą się świątynie?
Bez którch lud wszystek to motłoch jedynie.
A te wiana probostw czyjaż to zasługa?
Bez nich jakżeby mógł żyć Boży sługa?
Dary to tych panów, co już legli w grobie.
Zostawiwszy święte pamiątki po sobie.
Nas przeto nasze trzy kościoły z rzędu
Niechaj raz z takiego wyprowadzą błędu,
Jakobyśmy panom nic nie zawdzięczali,
Jakobyśmy od nich nic nie otrzymali.
I wiano jeszcze, Zakład, niechaj opowie,
Co dobrego nasi zrobili panowie,
Abyśmy imię ich z powinnej wdzięczności
Podawali chętnie całej potomności.
do góry